niedziela, 24 listopada 2019

SŁOWIK - KRISTIN HANNAH

Wydawnictwo: Świat Książki

Data wydania: październik 2016
Liczba stron: 560
Moja bardzo subiektywna ocena: 10/10

***

„Słowik” to książka, która wywarła na mnie ogromne wrażenie i długo, długo jej nie zapomnę, jeśli nie w ogóle… Ta lektura niosła ze sobą tak wielki ładunek emocjonalny, że nie byłam jej w stanie szybko przeczytać…Jest to też książka, której nie można w żaden sposób ocenić. Dla mnie jest ona hołdem złożonym tym wszystkim ludziom, którzy walczyli podczas II wojny światowej....

Isabelle i Vianne są siostrami. Od pierwszych stron widzimy jak bardzo są różne. A wybuchająca II wojna światowa zdaje się jeszcze bardziej je poróżnia. Ich matka zmarła bardzo wcześnie. Po jej śmierci Vianne poznała swojego męża, z którym zaszła w ciążę. Jej postepowania niestety nie akceptował ojciec. Vianne otrzymała więc dom rodzinny na wsi, wszystko, aby ojciec „pozbył się” problemu. Vianne po śmierci matki i kilku poronieniach była załamana i nie była w stanie zaopiekować się swoja młodszą siostrą. Tą z kolei ojciec w końcu zaczął wysyłać do kolejnych szkół dla „dobrych panien”. Z każdej z nich Isabella była jednak wyrzucana. Gdy wybucha wojna okazuje się, że obydwie siostry mają różne podejście i do tego tematu. Vianne, aby chronić swoją córkę, pozostaje na wsi, a dom rodzinny musi dzielić z Niemcem – kapitanem Beckiem. Isabelle z kolei nie chcąc narażać na niebezpieczeństwo swoich bliskich wraca do Paryża, a tam angażuje się w ruchu oporu. Podejmuje się wyjątkowo niebezpiecznych zadań, a jej autorskim projektem było stworzenie kanału przeprowadzania zestrzelonych angielskich lotników przez Pireneje do Hiszpanii, aby stamtąd mogli wrócić do kraju i nadal walczyć o wolność.

Autorka skupiła się na roli kobiet w wojnie. Bo to one często były nie doceniane, a walczyły każdego dnia! I ta książka to właściwie złożony im hołd. Bo trzeba docenić wielką odwagę i determinację jaką musiały się wykazać troszcząc się o pozostawione im dzieci, zdobywając dla nich jedzenie, ubranie czy zapewniając bezpieczny, ciepły dach nad głową. Owszem mężczyźni walczyli na froncie, ale w domach pozostały kobiety i dzieci, które musiały jakoś przetrwać. Ja czytając podziwiałam tych ludzi za ich determinację, chęć walki i wielką odwagę. Bez nich nie żylibyśmy w wolnym kraju jaki mamy teraz. Zginęło ich miliony, nie znamy ich imion i nazwisk. Ale każdy z nich jest dla mnie bohaterem, o którym powinniśmy pamiętać.

Kristin Hannah pisząc tą powieść inspirowała się życiorysem bohaterki ruchu oporu Andrée de Jongh. Zresztą na mnie większość wojennych historii ściska za gardło, bo zdaję sobie sprawę, że w tamtym czasie było mnóstwo podobnych, a jest to tym bardziej przerażające.

Autorka przedstawia nam koszmar wojny jaki miał miejsce. Opowiada wprawdzie o nim ograniczając sceny brutalności do minimum. Jednak robi to w tak emocjonalny sposób, że nie sposób czasem pohamować łez… Skupia się także na dylematach jakie musieli podejmować wtedy ludzie. Jak walczyli często sami ze sobą i ze swoim sumieniem. Przykładem była chociażby Vianne, która za każdym razem gdy brała jedzenie od Niemca kwaterującego u niej zastanawiała się czy powinna to robić. Ale czy miała jakiś wybór, kiedy nie miała czym nakarmić córkę?! Albo gdy dziecko zachorowało, czy powinna nie przyjąć od wroga lekarstwa?! Często Niemcy znęcali się nad nimi nie tylko fizycznie, ale i psychicznie, co było równie okrutne i bestialskie.

A wśród tej całej fali okrucieństwa pojawia się zwykle uczucie miłości, tęsknoty, poczucia bliskości drugiej osoby. To opowieść o tej pierwszej prawdziwej miłości dziewczyny i chłopaka, która nie miała szansy rozkwitnąć, oni nie mieli dla siebie ani chwili, aby ją w pełni poczuć i przeżyć tak jak każdy normalny człowiek ma prawo. To także opowieść o miłości siostrzanej, a także o trudnych relacjach pomiędzy ojcem a córkami.

Autorka zwraca także uwagę na życie po wojnie. Ci ludzie byli schorowani, okaleczeni fizycznie i psychicznie. Wojna i to co podczas niej przeżyli wpłynęło na ich wzajemne relacje i to co do siebie czuli. Przeżycia w obozach, podczas przesłuchań były tak silne, że te demony do nich powracały już do końca ich dni. Znamienne były słowa Isabelle na samym końcu, że jej już wystarczy tego jej życia...

Ja czytając tą powieść miałam cały czas ściśnięte gardło i niejednokrotnie wstrzymywałam oddech. Teraz pisząc o niej te parę słów, zdaję sobie sprawę, że jest to tylko kropla w morzu, tego co można o niej powiedzieć… Smutne, przejmujące, niewyobrażalne jak człowiek mógł to zrobić drugiemu człowiekowi… Powinniśmy pamiętać przede wszystkim po to, aby ten koszmar nie wrócił już nigdy więcej…


***

Wybrane cytaty: 

Jeżeli moje długie życie czegoś mnie nauczyło, to tego, że miłość pokazuje nam, kim chcemy być, wojna zaś -kim jesteśmy.

Kobiety żyją dalej. Dla nas ta wojna była czymś innym niż dla nich. Kiedy się skończyła, nie brałyśmy udziału w paradach, nie dostawałyśmy medali, nie wspominano o nas w książkach historycznych. W czasie wojny robiłyśmy to, co do nas należało, a gdy się skończyła, pozbierałyśmy kawałki i zaczęłyśmy życie od nowa.

Miłość powinna być silniejsza od nienawiści, inaczej nie ma dla nas przyszłości.

Proś o pomoc, kiedy jej potrzebujesz i pomagaj, kiedy możesz.

To nie boli, powtarzała w duchu, to tylko moje ciało. Nie mogą tknąć mojej duszy. 
 



czwartek, 21 listopada 2019

ANTOLKA - MAGDALENA KORDEL

Wydawnictwo: ZNAK
Data wydania: lipiec 2019
Liczba stron: 400
Moja bardzo subiektywna ocena: 6/10

***

Od czasu do czasu lubię sięgnąć po jakąś książkę Pani Magdaleny Kordel. Dlatego też doskonale wiedziałam czego mogę spodziewać się po "Antolce":) I oczywiście dostałam to, czego oczekiwałam.

Antolka to młoda dziewczyna, która stoi właśnie u progu swojej dorosłości. Przed nią ta jedna z najważniejszych decyzji, jaką jest wybór studiów. Niestety mama Antolki chce koniecznie wysłać ją na studia prawnicze albo medyczne, na co dziewczyna nie ma najmniejszej ochoty. Zresztą to nie jedyna kość niezgody pomiędzy matką a córką. Dagmara, matka dziewczyny ma wielkie ambicje zawodowe, właściwie przez całe życie przedkładała swoją karierę nad kontakt z Antolką. Po jednej z kłótni z matką, dziewczyna pakuje się i wyrusza na Mazury. Tam trafia do baru i chcąc ulżyć emocjom i gniewowi pije jedno piwo za drugim. Nie uważa przy tym, że o to dosiadło się do niej trzech nieznajomych z zamiarem wykorzystania jej… A żeby dopiąć swojego celu dosypują jej coś do piwa… Z opresji ratuje ją Janek – kilka lat starszy młody człowiek. Janek wybrał się właśnie na kilka dni urlopu, które zamierzał spędzić żeglując. A nie mając gdzie zabrać uratowanej Antolki, wziął ją na łódkę. W ten sposób zaczyna się ich wspólna podróż, podczas której mogą nawzajem się poznać….

To książka o tych ostatnich, ale najdłuższych wakacjach tuż po maturze. To wyjątkowo letnia, wakacyjna lektura, od której aż bije ciepło i przede wszystkim beztroska. Magdalena Kordel świetnie pokazała tą pierwszą, najważniejszą miłość, pierwsze prawdziwe zauroczenie. A fajnie od czasu do czasu wrócić do tych młodzieńczych czasów, nawet przy pomocy takiej właśnie lektury…

Antolka i Janek są bohaterami, których od razu można polubić. Są dowodem na to, że przeciwieństwa się przyciągają. Ona trochę roztrzepana, zwariowana, rezolutna, romantyczka. A on twardo stąpający po ziemi, na wskroś odpowiedzialny, nad wyraz poczuwający się do opieki i troski nad swoimi bliskimi.

Autorka pomimo tego wakacyjnego klimatu próbuje nam też przekazać inne treści, nad którymi warto się zastanowić. Głównym tematem jest tu bowiem konflikt pomiędzy matką a Antolką i chorobliwa wręcz chęć kierowania życiem swojego dziecka. Matka Antolki chce mieć wpływ na jej życie i wykształcenie nie patrząc w ogóle na zainteresowanie czy charakter dziecka. Nie zwraca także uwagi na uczucia dziewczyny czy jej samotność, która wynika z tego, że żyją one obok siebie, a nie ze sobą… Kariera jest bowiem ważniejsza niż czas spędzony z córką.

„Antolka” to ciepła, przyjemna lektura. Czyta się ją wyjątkowo szybko i sprawnie. Przez to nadaje się idealnie na wypoczynek po ciężkim tygodniu pracy. To prosta historia, ale od czasu do czasu lubię po takie sięgnąć w ramach odprężenia i relaksu. Zwłaszcza jak człowiek ma „przeładowaną” głowę codziennymi sprawami i w domu wieczorem czasem trudno o skupienie. A poza tym wspaniale było można przenieść się na Mazury i pożeglować razem z parą bohaterów, przynajmniej podczas czytania😊 Magdalena Kordel stworzyła cudny, sielski klimat: szanty, dźwięki gitary, zachody słońca przy winie i świeczkach…



Wyzwanie: ZATYTUŁUJ SIĘ






środa, 6 listopada 2019

JESZCZE SIĘ KIEDYŚ SPOTKAMY - MAGDALENA WITKIEWICZ

Wydawnictwo: FILIA
Data wydania: maj 2019
Liczba stron: 450
Moja bardzo subiektywna ocena: 10/10

***

„Jeszcze się kiedyś spotkamy” to kolejna, przeczytana przeze mnie książka Pani Magdaleny Witkiewicz. Na jej książki czekam z wielką niecierpliwością, bo wiem, że kawał dobrej i porządnej powieści obyczajowej.

Książka dotyczy dwóch płaszczyzn czasowych. Jedne wydarzenia rozpoczynają kilka dni przed wybuchem drugiej wojny światowej, a drugie maja miejsce współcześnie. Bohaterami wydarzeń sprzed lat jest kilkoro przyjaciół Adela, Franciszek, Janek, Joachim oraz Rachela. Przed wojna wszyscy oni byli przyjaciółmi, przyszła wojna i ogromne znaczenie zaczęło mieć pochodzenie i narodowość. Adela zakochuje się we Franku. Z czasem zdaje sobie też sprawę, że kocha się w niej także Janek. I Franek i Janek dostają jednak wezwanie na front… Jesteśmy więc świadkami ich walki o przetrwanie, możemy przeczytać listy jakie do siebie piszą, jak tęsknią, jak próbują żyć w obliczu tragedii jaką jest wojna. Przemyślenia Adeli pokazują nam jakie dylematy nią targały, gdy pisała listy, ale nie otrzymywała w zamian odpowiedzi… Zgoła inną sytuację mieli Joachim i Rachela. On Niemiec, ona Żydówka, a na ich drodze jeszcze zazdrosna Sara… We współczesnych czasach poznajemy z kolei Justynę, wnuczkę Adeli i Franka. Dziewczynę poznajemy, gdy zaczyna wchodzić w swoje dorosłe życie, marzy o domu i rodzinie. Jest jednak w zawieszeniu, bo jej chłopak Michał wyjechał do Stanów najpierw na 3 miesiące, później na pół roku, a później i na dłużej… Gdy pewnego dnia poznaje historię życia swojej babci Adeli, zmienia się jej pogląd na niektóre sprawy, a część z nich ulega na nowo przewartościowaniu.

Ta wspaniała historia daje nam wiele do myślenia. Przede wszystkim o czekaniu na coś w życiu. W obydwu tych historiach wspólnym mianownikiem jest czekanie. Ale czy warto? Niekoniecznie. Życie nasze jest bowiem na tyle krótkie, że powinniśmy żyć tu i teraz, cieszyć się z każdego danego nam dnia, bo jutro nie wiadomo co nam przyniesie.

Jednym z bohaterów książki jest także miasto Grudziądz. Autorka w bardzo ciekawy i przystępny sposób opowiada nam jak zmieniał się świat w obliczu wojny. Jak obywatele Polski musieli wpisywać się na Volkslistę, jakie wiązały się z tym konsekwencje i jakie mieli dylematy. Opisuje jak zmieniało się to miasto i jego mieszkańcy. A ludzie, aby przeżyć musieli walczyć o każdy kawałek chleba.

Książka jest dopracowana w każdym szczególe. Widać ogrom pracy jaką Autorka włożyła w jej stworzenie. Zebrała mnóstwo informacji, detali, które zostały przez nią umiejętnie połączone. To takie swego rodzaju puzzle, które na sam koniec ułożyły się w piękną i mądrą całość.

Książka ta ma piękny, wspaniały klimat. Czytając mamy wrażenie jakbyśmy sami siedzieli gdzieś na strychu domu babci czy dziadka i czytali ich stare, miłosne listy, oglądali pozostałe po nich pamiątki i ślady po ich wspólnym życiu. A jeśli do tego zaparzymy sobie herbatę w pięknych, ale kruchych filiżankach z niezapominajkami, to już całkowicie zapomnimy o wszystkim dookoła. Ja zdecydowanie miałam takie wrażenie podczas czytania. A nie ukrywam, że książkę przeczytałam jednym tchem i denerwowałam się za każdym razem, gdy musiałam (ze względu na obowiązki domowe) ją odłożyć.

Powieść jak powieść powiecie. Owszem, ale na mnie piorunujące wrażenie zrobiło także posłowie Autorki. W notatce tej Magdalena Witkiewicz napisała, że część sytuacji jakie opisała w książce wydarzyło się gdzieś i kiedyś naprawdę. I w tym momencie cała historia nabrała jeszcze innej barwy… Bo to co przeczytałam może i jest fikcją literacką, ale ile takich historii wydarzyło się naprawdę?! Powieść skłania nas także do poszukiwania i poznawania losów naszej rodziny. Ja żałuję, że niestety nie miałam możliwości (będąc już osoba dorosłą) porozmawiania ze swoimi babciami i dziadkami. Historię rodziny znam jedynie z opowieści moich rodziców…

Jestem tą książka po prostu oczarowana. Wywarła na mnie naprawdę ogromne wrażenie. I na pewno jest to historia, która bardzo długo zapadnie mi w pamięci… Z powieściami Pani Magdaleny mam tak, że mogłabym pisać o nich pisać, a powiem krótko: uwielbiam takie właśnie książki, ich się nie czyta, je się smakuje...


***

Wybrane cytaty: 

Nie warto czekać całe życie. Nie warto chować swojego życia za szkło i czekać na lepsze okazje, by z niego korzystać. Trzeba chłonąć każdy dzień i się nim cieszyć. Rano być wdzięcznym za to, że się obudziliśmy, a wieczorem dziękować za to, że mamy zapisaną kolejną kartkę z kalendarza naszego życia.

Bo życie ludzkie jest jak porcelanowe filiżanki. Kruche, delikatne. Po latach możemy spotkać się, niby jesteśmy tacy sami, a jednak rysy, którymi życie nas naznaczyło, mogą uczynić nas zupełnie innymi ludźmi. Tak jak spękania na filiżankach mogą narysować na nich zupełnie nowy wzór.

Szkoda czasu na żałowanie tego, co się straciło, czy tego, czego się nie zrobiło. Pamiętaj o tym. Każdy dzień przynosi ci nowe, zupełnie nowe dwadzieścia cztery godziny. I tylko od ciebie zależy, czym te godziny wypełnisz. Szkoda czasu na wspominanie tego, co było, bo, jak widzisz, twój czas się kiedyś skończy.

Psychika ludzka jest tak samo delikatna, jak te filiżanki. Życie odciska na człowieku jeszcze większe piętno niż czas na kruchej porcelanie. Każdego dnia trzeba dbać o drugiego, szczególnie bliskiego ci człowieka. Gdy go zranisz, to jego duszę pewnie da się posklejać, ale rysy, czasem bardzo głębokie, pozostaną na zawsze.

Filiżanki stoją nadal za szkłem, ale wyciągamy je wtedy, gdy mamy na to ochotę. Nie czekamy na okazję, bo ta, gdy się nadarzy, może nas rozczarować. Żyjemy chwilą i łapiemy życie takim, jakie ono jest. A jest piękne! Nauczyliśmy się, że trzeba się z nim delikatnie obchodzić i o nie dbać, ale też korzystać z niego, jak z tych kruchych filiżanek. Delikatnie, z troską i miłością. Korzystamy z każdego dnia i nie marnujemy czasu na rozliczanie przeszłości, tylko staramy się budować cudowną przyszłość.

Najcenniejsze, co możesz dać drugiemu człowiekowi, to twój czas.

Staram się nie myśleć, "co by było gdyby", bo to niczego nie zmieni. Lepiej przeznaczyć czas na robienie dobrych rzeczy, niż na rozpamiętywanie i rozliczanie tych złych. lepiej planować przyszłość, niż zastanawiać się, jak mogłaby wyglądać teraźniejszość, gdyby ktoś kiedyś podjął inne decyzje.

Miłość czasem mija, mijają emocje, fajerwerki, te słynne motyle w brzuchu czasem odlatują, a przyjaźń? Przyjaźń chyba zostaje.

...bo zawsze cenniejsze wydaje nam się to, na co nie możemy sobie pozwolić. Marzymy o tym dniami i nocami, a bardzo często nie doceniamy tego co mamy obok.

Nie martwię się jutrem. Po co się przejmować? Jutro i tak nadejdzie i to, jakie będzie, zależy w dużej mierze od tego jakie jest nasze dziś i jakie było nasze wczoraj.

Ale czy docenilibyśmy dobro, które nas spotyka, gdyby przychodziło ot tak?

I wciąż czekałam na szczęście. Czy szczęście przyszło wtedy, gdy na nie czekałam? Nie. Przestałam czekać? Tak, teraz nie czekam. Jedynie na autobus, chociaż zwykle jeżdżę samochodem. Czasem czekam na dzieci z obiadem czy nowy odcinek serialu. Ale nie czekam, aż ktoś coś zrobi. Sama jasno komunikuję, czego oczekuję. I często to dostaję. A jak nie dostaję? Nie mam o to żalu.

Jak się czeka na właściwy moment, to można go przegapić. Bo skąd masz wiedzieć, że to właśnie ten? Może on jest akurat teraz?

Przede wszystkim wciąż czekałam. Czekałam na wszystko. najpierw czekałam na pierwsze dziecko, potem na drugie. Czekałam, aż Konrad wróci z pracy, potem - aż do niej wyjdzie. Jak dzieci dorosną, zaczną chodzić, mówić, uśmiechać się... Czekałam też, aż Konrad będzie pamiętać o moich urodzinach, rocznicach zakupie prezentów świątecznych. Znałam go jednak i wiedziałam, że nie będzie pamiętał, więc czekałam, aż będę miała tę satysfakcję, by wieczorem, w moje urodziny, z wyrzutem móc mu powiedzieć: "Zapomniałeś". W zasadzie chyba cały dzień na to czekałam, by mu o tym właśnie powiedzieć! Teraz jest zupełnie inaczej. Dwa tygodnie przed urodzinami wpisuję mu do kalendarza, że jego kochana żona ma urodziny. Miesiąc przed świętami wysyłam maila z linkami do konkretnych produktów w sklepach internetowych. Tym samym unikam rozczarowań. Przecież rozczarowania są tak niepotrzebne. Wtedy było zupełnie inaczej. Myślałam, że go zmienię, chciałam by był dokładnie taki, jakim bym chciała go widzieć, a to przecież niemożliwe. Wyszłam za mąż za dojrzałego, ukształtowanego w pełni człowieka.

(...) ludzie bez sensu szukają jakiejś megamiłości, takiego trafienia piorunem. A możesz na ten piorun nigdy w życiu nie trafić albo możesz trafić, ale potem zniszczenia będą nie do ogarnięcia. Taki piorun może siać spustoszenie. Tak naprawdę chodzi o spokojne życie razem. By wspólnie się śmiać i by ta druga osoba cię nie denerwowała. Po prostu.

(...) tylko od nas zależy, jak bardzo będziemy się cieszyć naszym życiem. To od nas zależy, czy będziemy widzieć różowe chmury.

(...) wszystko zostało już zaplanowane. I los tak naprawdę dokładnie wie, co zrobisz. tylko ty tego jeszcze nie wiesz.

niedziela, 27 października 2019

ZACZNIJMY JESZCZE RAZ - NATALIA SOŃSKA

Jagodowa miłość
Cała przyjemność po mojej stronie || Co jeszcze mogę dla ciebie zrobić? || Zacznijmy jeszcze raz

Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
Data wydania: wrzesień 2019
Liczba stron: 318
Moja bardzo subiektywna ocena: 6/10

***

Trzecia część trylogii „Jagodowej miłości” już za mną. Jest ona utrzymana w takim samym klimacie jak części poprzednie. Książka pachnie świeżo upieczonym sernikiem i innymi wypiekami.

Dzieje się tu nieco więcej niż w części poprzedniej. Jagoda jest po swojej sprawie rozwodowej. Jeden z problemów został więc rozwiązany. Teraz dziewczyna próbuje walczyć z kłopotami finansowymi w jakie została uwikłana w związku z tajemniczym zniknięciem właścicielem cukierni. Sprawa staje się na tyle poważna, że powoli zagraża bezpieczeństwu Jagody. W tych trudnych chwilach przy Jagodzie stara się być Teodor. A i Jagoda zaczyna czuć do niego coś więcej niż tylko przyjaźń. Choć cały czas zastanawia się nad swoimi uczuciami i do końca nie wie co i do kogo czuje. Na jej drodze pojawia się także Tomasz, z którym dawno się nie widziała. Oboje gdzieś w środku czują tęsknotę za sobą… Ale czy ona wystarczy, aby Jagoda wybrała Tomasza zamiast Teodora? Czy wyprowadzi Słodką na prostą, a także kto jej w tym pomoże?

Pomimo, że jest tu troszkę więcej akcji niż w poprzednich częściach, to jednak całe postepowanie Jagody i Tomasza dość mocno mnie denerwowało. Niestety nie lubię niedopowiedzeń i niedomówień. A tu powinni powiedzieć wprost co czują i czego chcą. Tomasz irytował mnie nieco bardziej ze względu na swoje zachowanie w sprawie Pauliny…

Zakończenie książki wskazuje, że będzie kolejna część. Pewnie po nią sięgnę, aby dowiedzieć się jaki jest finał tej historii. Choć przyznam się szczerze, że zrobię to już z mniejszym entuzjazmem… Czasem niepotrzebnie mamy fabułę rozbijaną na kilka tomów. W tym przypadku bowiem dwa tomy zdecydowanie wystarczyłyby.

niedziela, 20 października 2019

TAJEMNICZA ŚMIERĆ MARIANNY BIEL - MARTA MATYSZCZAK

Kryminał pod psem
Tajemnicza śmierć Marianny Biel || Zbrodnia nad urwiskiem || Strzały nad jeziorem || Zło czai się na szczycie || Morderstwo w hotelu Kattowitz || Trup w sanatorium


Wydawnictwo: WYDAWNICTWO DOLNOŚLĄSKIE
Data wydania: czerwiec 2017
Liczba stron: 304
Moja bardzo subiektywna ocena: 9/10

***

Cykl „Kryminał pod psem” kusił mnie już od dawna. Po pierwsze bardzo lubię zaczytywać się w kryminałach, po drugie uwielbiam połączenie kryminału z elementami komedii, a gdy dochodzi do tego jeszcze świetny język jakim napisana jest książka, to czegóż chcieć więcej?! 😊 I taką ucztę literacką serwuje nam Marta Matyszczak!

Mamy tu dwóch głównych bohaterów. Jednym jest Szymon Solański, były policjant, mieszkający sam w chorzowskim familoku. Całkowicie o siebie nie dba, w mieszkaniu u niego panuje nieporządek, a kuchnia służy głównie do serwowania parówek czy zrobienia na szybko kawy (jeśli kawą można nazwać ten napój). Solański postanowił założyć agencje detektywistyczną, jednak póki co nie przyjął jeszcze ani jednego zlecenia… A patrząc na zasobność jego portfela jakieś niewątpliwie by mu się przydało (na pewno by nie zaszkodziło). Pewnego dnia Solański jedzie do schroniska dla zwierząt i zabiera stamtąd Gucia – naszego drugiego bohatera. Gucio to już starszy piesek, kundelek, z trzema nogami i zaćmą. Ale za to z dobrym węchem i słuchem. Kiedy w ich familoku zostają odkryte w piwnicy zwłoki kobiety Marianny Biel, oboje szybko angażują się w swoje prywatne śledztwo (Solański przeczuwa, że to nie był nieszczęśliwy wypadek). W poszukiwaniach mordercy pomaga im ich sąsiadka, a koleżanka detektywa (jeszcze ze szkolnych lat) – Róża. Róża jest bardzo charakterystyczną postacią. To przede wszystkim bardzo dociekliwa dziennikarka. A jej cechami najbardziej rzucającymi się w oczy jest jej waga (dawno przekraczająca wszelkie normy) oraz jej specyficzny styl bycia, bowiem na porządku dziennym u Róży króluje przeklinanie i picie… Róża ukrycie podkochuje się w Szymonie. Jednak ten niczego nie zauważa, jest obojętny, totalnie niedomyślny.

Marta Matyszczak jest bardzo wnikliwym obserwatorem. Daje nam bowiem obraz Śląska z pozycji życia codziennego typowego Ślązaka. Pokazuje codzienność typowego familoka i jego mieszkańców. Robi to celnie, z wyczuciem. Może czasem groteskowo i ironicznie, ale czyż taki sposób nie jest lepszy do zaprezentowania nam niektórych przywar?! Poznajemy tutaj Buchtalową, która po domu chodzi w fartuchu (pod którym o zgrozo ma tylko bieliznę), na obiad serwuje rolady, kluski śląskie i zasmażaną kapustę, a do życia innych mieszkańców nie krępuje się wtrącać. W przyciasnej kawalerce mieści się dwóch zwaśnionych braci: spokojny Adam i wyrodny Hubert. Jest także trzyosobowa rodzina, prowadząca księgarnię i posiadająca mnóstwo tajemnic. I w końcu jest tytułowa Marianna Biel – emerytowana aktorka, która zniknęła, a nikogo to nawet nie zaniepokoiło, sąsiedzi ledwo ją znali, a ona sama z nikim nie utrzymywała kontaktu.

Książka napisana jest dość specyficznym językiem, pełno tu gagów słownych. Widać, że Autorkę bawi gra słowna. I jest w tym naprawdę niezła. A do tego jej poczucie humoru jest genialne. To nie jest typowy kryminał. Określiłabym go raczej jako kryminał z przymrużeniem oka. Ale ma wszystkie elementy kryminału, a przede wszystkim śledztwo i oczywiście pościg. W użyciu jest nawet broń, ale o tym cicho sza!:) Całość śledztwa jest bardzo dobrze skonstruowana, pełna detali, mylnych kroków, wskazówek. Do tego mamy w tzw międzyczasie poznajemy historię znajomości Róży i Szymona oraz przeszłość detektywa. W kolejnych tomach liczę oczywiście na kolejne elementy tej układanki.

Och, jak ta seria mi się spodobała. Od razu polubiłam Gucia, Szymona i Różę. A sam styl napisania książki zasługuje na uznanie! I bardzo, bardzo cieszę się, że jeszcze pięć tomów przede mną!


***

Wybrane cytaty: 

No bo sami powiedzcie, czym my, biedne psy, zasłużyliśmy sobie na taką litanię? Psia twoja mać. Pogoda pod psem. Nienawidzić kogoś jak psa. Zimno jak w psiarni. Zejść na psy. (Moim zdaniem niejednemu by się przydało). I najlepsze: Łże jak pies. Czy ktoś widział kiedyś, żeby jakiś pies kłamał? To było wbrew logice i rozsądkowi.

Chociaż przyznam się bez bicia, że jakbym już takiego kocimocza dorwał, to sam bym nie wiedział, co z nim począć. Zeżreć bym się brzydził. Ugryźć to niehumanitarnie. Naszczekać do rozsądku - to i tak nie zrozumie.

Wieści roznosiły się w tej kamienicy szybciej niż owsiki w przedszkolu.

- Dokądś się wybierasz? - zdziwił się Szymon. - No - odparła pełnym zdaniem Róża.

(...) samotność to piękna rzecz, ale potrzeba kogoś, komu można powiedzieć, że samotność to piękna rzecz.


    Wyzwanie: ZATYTUŁUJ SIĘ

niedziela, 29 września 2019

JEJ PORTRET - ANNA H. NIEMCZYNOW

Wydawnictwo: FILIA
Data wydania: styczeń 2019
Liczba stron: 400
Moja bardzo subiektywna ocena: 8/10

***

Co to jest miłość? Co to jest prawdziwa miłość? Co świadczy o tym, że ktoś nas kocha? I czy zawsze musi dojść do tragedii, abyśmy zrozumieli, co możemy stracić? Takie właśnie pytania krążyły po mojej głowie podczas i po czytaniu tej książki. To pierwsza książka tej Autorki jaką miałam możliwość poznać i nie za bardzo wiedziałam czego mogę się spodziewać.

Maja to wzięta pisarka, Polka mieszkająca w Niemczech, mająca kochającego męża Marcela i czwórkę cudny, kochanych dzieci. Tworzą oni zgodną, zgraną rodzinę. Nie brakuje im pieniędzy, i ona i on spełniają się zawodowo. W pewnym momencie jednak Maja zaczyna być zmęczona rutyną jaka ją otacza i tym, że większość obowiązków domowych, jak odebranie dzieci ze szkoły czy ich dodatkowe zajęcia, spoczywają jedynie na jej barkach. Męczy ją to, że nie może poświęcić swojej pracy tyle czasu i sił, ile ona tego od niej wymaga. Do tego przez fakt, że Maja pracuje w domu i nie ma konkretnych narzuconych z góry terminów, to jej praca jest zsuwana na boczny tor. Maja postanawia więc wrócić do Polski, do ich dawnego mieszkania i tam odetchnąć, poszukać inspiracji i weny. Zrządzenie losu sprawia, że pewnego dnia spotyka tam swoją dawną miłość – Daniela. Szybko okazuje się, że stare uczucie nie umarło… Maja zaczyna wikłać się w romans, coraz częściej sama sobie zaprzecza, stara się sama siebie przekonać, że robi to tylko po to, aby odzyskać swój stary pamiętnik jaki kiedyś podarowała ukochanemu. On z kolei cały czas podsyca jej ciekawość i kusi przesyłając coraz to nowe fragmenty pamiętnika. Ponoć Autorka wykorzystała w tym momencie prawdziwy, istniejący pamiętnik! Jak skończy się ta historia? Czy Maja wróci do męża? Czy porzuci rodzinę i zostanie ze swoją pierwszą miłością? A jaką tajemnicę kryje Daniel?

W książce tej nie ma wyszukanej fabuły. Ot, kobieta z poukładanym życiem osobistym i zawodowym spotyka niespodziewanie swoją pierwszą, najmocniejszą miłość. Oczywiście spotyka ją wtedy, gdy sama jest „słabym celem”, sama potrzebuje wsparcia, czułości, wyrozumiałości. Wtedy leci jak przysłowiowa ćma do światła. Ale nie to jest najważniejsze w tej powieści. Najistotniejsze jest bowiem to, co Autorka chce nam przekazać. A niewątpliwie historia ta ma morał, a może nawet i dwa. Powinniśmy więc pamiętać, że nic nam nie jest dane na zawsze, że powinniśmy zawsze zastanowić się co możemy stracić w rezultacie naszej decyzji. Ale takie przemyślenia powinniśmy zrobić wcześniej, a nie dopiero wtedy jak coś złego się wydarzy w naszym życiu, a my stracimy coś, co mieliśmy najcenniejszego.

Na uwagę zasługuje kreacja bohaterów. Każdy z nich jest idealnie przedstawiony przez Autorkę. Każdy ma swoje spojrzenie na daną sytuację, swoje argumenty i racje. Moim zdaniem i Maja i Marcel nie są tu bez wad i mają swoje za uszami. Ale tu niestety bardziej denerwowała mnie Maja. Ile ja „nagadałam się do niej” podczas czytania… Denerwowało mnie przede wszystkim to, że już pod sam koniec tak szła w zaparte, że okłamywała nawet swoją przyjaciółkę Ewę - sama przed sobą nie chciała się przyznać, że jej zachowanie daje wiele do życzenia… Marcel z kolei wszystkie obowiązki domowe zrzucił na Maję, bo jego praca jest ważniejsza, bo to ona pracuje w domu i ma nienormowany czas pracy, bo ma odległe terminy. Dodatkowo czy istotne jest to ile razy ktoś będzie nam mówił, że tęskni czy kocha? Dla mnie przynajmniej najbardziej liczy się nie to co ktoś mówi, a co robi. każdego nie trzeba mówić czułych słów, ważniejsze jest wzajemne wsparcie, zrozumienie, zauważanie swoich potrzeb...

Czytając „Jej portret” cały czas z tyłu głowy miałam inną książkę, którą jakiś czas temu czytałam „Cześć, co słychać?” Magdaleny Witkiewicz. I przyznam się szczerze, że jednak książka Pani Witkiewicz była mi nieco bliższa… Staram się ich nie porównywać, ale te podobieństwa jakie zauważyłam, zbyt silnie rzucały mi się w oczy…

Po przeczytaniu książki sama nie wiedziałam czy mi się ona podobała czy nie. Zresztą do tej pory, a czytałam ją z jakiś miesiąc temu, pamiętam tą paletę uczuć jaka mną targała. Czy polecam książkę? Tak, polecam przeczytać: ku przestrodze. Bo może i bohaterka mnie denerwowała, może i popełniała błędy, ale my możemy się czegoś nauczyć na jej błędach, możemy wyciągnąć wnioski. I powiem więcej, nawet się cieszę, że ją przeczytałam, bo może i ciężko mi się ją czytało, może musiałam kilka razy ją odłożyć, ale wydaje mi się, że to historia, którą na długo zapamiętam. A ponieważ w tak niestandardowy sposób odebrałam „Jej portret” jestem bardzo ciekawa pozostałych książek Autorki. Na pewno sięgnę po jeszcze jakąś i na pewno mówię „nie”😊

***

Wybrane cytaty: 

Bo jak się kogoś kocha, trzeba go puścić wolno. Na tym polega miłość.

Rodzina jest jak gałęzie drzewa. Wszyscy rośniemy w innych kierunkach, lecz zawsze łączą nas korzenie.

Chciała być sama i kiedy dostała już to, o czym marzyła, nie poczuła się z tego powodu szczęśliwa. Trzeba uważać, o czym się marzy. Spełnione marzenia nie zawsze przynoszą spokój duszy.

Człowiek, który ma w domu wszystko, nie szuka niczego na zewnątrz. Nie jest mu to do niczego potrzebne.

Ludzi sukcesu od ludzi porażki różni to, że ci pierwsi niczym zuchwali amatorzy potrafią biec w kierunku swoich marzeń. Ludzie sukcesu życzą innym dobrze, emanują radością, potrafią zaakceptować zmiany. Biorą odpowiedzialność za własne niepowodzenia, bez obwiniania za nie kogoś.

Piękny człowiek to nie ten przyodziany w najmodniejsze ubrania, lecz ten, którego twarz odzwierciedla spokój.

Wystarczył tylko ten jeden raz, jeden jedyny... by rozkręcić spiralę zła. To jak z narkotykiem - lepiej nie próbować wcale, bo mało jest ludzi poprzestających na jednym razie.

Cokolwiek byśmy nie robili i jakkolwiek byśmy się z tym życiem nie szarpali, i tak w efekcie wszyscy wylądujemy właśnie tutaj...

Czasami trzeba odejść w cień. Zmęczony człowiek łatwo popełnia błędy i łatwo się załamuje. Tak wielu ludzi doprowadza się do stanu głębokiego zniechęcenia, udając jednocześnie, że wszystko jest w porządku. A życie płynie, toczy się niezależnie, czy tego chcesz, czy nie.

Czasami wydaje mi się, że traktujesz mnie jak pieknie oprawioną książkę. Podobała Ci się okładka, ale nie chce Ci się jej przeczytać...


Czas, droga pani, to coś takiego, czego nie da się kupić za żadne pieniądze.

Do momentu podjęcia decyzji zawsze idzie opornie. Później wszystko zaczyna toczyć się znacznie szybciej.


Dzisiejszy świat tak bardzo się spieszył, dając wrażenie braku czasu na zwykłe życie.

Dziś wiem, że nie zbuduje się szczęścia na cudzej krzywdzie.

Każdy człowiek, bez wyjątku, szuka akceptacji, pragnąc, by jego praca była ceniona, a on sam - szanowany. Właśnie ze względu na potrzebę bycia akceptowaną Maja wybrała szkołę muzyczną.


Wiedział jednocześnie, że miłość czasami trzeba puścić wolno. Jeśli naprawdę należy do nas, nie oddali się zbytnio. Nawet jak zbłądzi, to znajdzie drogę powrotną.

Twoja matka poniosła już karę. Wszystkie grzechy, które wydają owoce, żyją dłużej, niż nam się wydaje...

Może musiało się "coś" wydarzyć, by jeszcze bardziej zaczął cenić codzienność? Wszystko, co się nam przytrafia, jest odpowiedzią na życie, jakie wiedliśmy, a wszystko, co będzie, stanie się odpowiedzią na to, co czynimy teraz.


Ludzki umysł ma bowiem to do siebie, że bez wysiłku zapamiętuje zło. Nad tym, co dobre, trzeba nieustannie pracować. Trzeba też wierzyć, że wszystko w życiu ma swój sens. Nawet gdyby tym sensem miało być coś zupełnie innego, niż sobie zaplanowaliśmy.

Ludzie zmieniają się albo przez desperację, albo przez inspirację.

Wyzwanie: ZATYTUŁUJ SIĘ 
 

środa, 25 września 2019

CUDOWNY CHŁOPAK - R. J. PALACIO

Wydawnictwo: ALBATROS
Data wydania: styczeń 2018
Liczba stron: 416
Moja bardzo subiektywna ocena: 10/10

***

„Cudowny chłopak” to bardzo wzruszająca i przede wszystkim bardzo mądra opowieść. Zaczynając ją czytać miała wiele obaw czy podołam tej lekturze. Po jej zakończeniu już wiem, że była to wspaniała przygoda i polecam ją każdemu. I tym młodszym czytelnikom, do których jest ona właściwie skierowana, ale też i tym starszym. Każdy bowiem może się tu nauczyć czegoś nowego.

August to 10-letni chłopiec, który w wyniku błędów genetycznych urodził się ze zdeformowaną twarzą. Do tej pory przeszedł już szereg operacji, a czas wolny spędzał głównie w domu. Jego nauką kierowała mama, która uczyła go w domu. Augusta poznajemy w momencie, gdy rodzice postanawiają posłać go do szkoły. Jest to szok dla wszystkich, ale przede wszystkim dla chłopca. To on bowiem musi zmierzyć się z przeciwnościami jakie niesie ten krok. Przede wszystkim musi przełamać swoje wewnętrzne lęki i obawy, ale i sprostać docinkom jakie go spotykają ze strony nowych „kolegów”. Bo jak wiadomo dzieci nie przebierają w środkach i potrafią być naprawdę okrutne.

Pomimo wielu drwin i kpin August spotyka także na swojej drodze prawdziwych przyjaciół: Summer czy Jacka Willa, który dopiero po pewnym czasie zrozumiał jak bardzo polubił Augusta. Jack Will pierwszy raz spotkał Augusta przed lodziarnią gdy miał z pięć czy sześć lat. Uciekł wtedy z krzykiem, tak bardzo przeraził się te twarzy. Teraz został poproszony, aby być przewodnikiem Augusta po szkole. I nie od razu chciał podjąć się tej roli. Dzieciaki musiały zauważyć, że może i wyglądem August od nich odbiega, a nawet czasem i odstrasza, ale poza tym jest normalnym, wesołym, mądrym chłopcem, który chce się normalnie bawić i śmiać. Historia ta pokazuje nam jak bardzo patrzymy na ludzi i co gorsza ich oceniamy poprzez ich wygląd. Dopiero na drugim miejscu, jeśli w ogóle mamy chęć poznać drugiego człowieka, dostrzegamy jego wnętrze. A czy tak bardzo liczy się to „nasze opakowanie”?! Ja osobiście kilka razy spotkałam się z ocenianiem człowieka po tym jak go postrzegamy. I uważam, że naprawdę wiele można stracić w ten sposób, bo możemy nie poznać naprawdę wartościowej osoby. Znamienny jest tu chociażby Halloween, na który August czeka, bo wreszcie nikt go nie pozna i choć przez jeden dzień w roku będzie normalnym chłopcem, którego nikt nie będzie wytykał palcami.

W książce poruszony jest również wątek siostry Augusta Olivii. Dziewczyna jest wyjątkowo łagodna, spokojna i opiekuńcza w stosunku do brata. Doskonale zdaje sobie co musi on przeżywać i niejednokrotnie stawała w jego obronie, gdy ktoś chciał mu dokuczyć. Ale poznajemy też jej żal, że rodzice całą swoją uwagę poświęcają chłopcu, ona jest zawsze na drugim planie, musi poczekać np. z rozmową, bo August miał „zły” dzień. Kiedy ma wystąpić w przedstawieniu szkolnym nawet nie mówi o tym w domu, bo uznaje, że i tak nie będą mieć czasu przyjść. Gdy poznaje chłopaka nie mówi o Auguście, żeby nie postrzegał jej przez pryzmat chorego brata. Sama stara się radzić ze swoimi problemami, sama odrabia lekcje i uczy się. Nie narzeka, bo rozumie. Ale to nie oznacza też, że gdzieś wewnętrznie tego nie potrzebuje.

Książkę czyta się wyjątkowo szybko, bo rozdziały są wyjątkowo krótkie. Idealne dla młodych czytelników! Do tego książka podzielona jest na kilka części, a w każdej z nich narratorem jest inny bohater. Dzięki temu możemy poznać tą samą historię z różnych punktów widzenia: samego Augusta, jego siostry Olivii, przyjaciela Jacka Willa lub przyjaciółki Summer.

Wspaniałym dopełnieniem jest film pod tym samym tytułem, Julią Roberts, Owenem Wilsonem oraz Jacobem Tremblayem. Mi udało namówić się wszystkich w domu i zrobiliśmy sobie wspaniały seans rodzinny. Zależało mi głównie, aby tą historię poznała moja 8-letnia Córka. Ciekawa byłam jej spostrzeżeń i samej reakcji na Augusta i jego problemy. Wspólne oglądanie okazało się świetnym pomysłem, bo było punktem wyjścia do dalszej rozmowy. Nie była to pierwsza taka nasza rozmowa. W klasie mojej Córki jest bowiem też chłopiec z pewnym „defektem” i wiele razy już jej to tłumaczyliśmy. Ale dzięki takiemu filmowi łatwiej nam było pokazać dziecku jak może się czuć taki August. Zobaczyła niektóre sytuacje z punktu widzenia Augusta i to jak w danej chwili się on czuł. To naprawdę potężna lekcja tolerancji i wzajemnego zrozumienia. I co bardzo ważne przy młodym czytelniku jest to opowieść pogodna, optymistyczna, ale i chwytająca za serce.

***

Wybrane cytaty: 


Jakie to dziwne, że człowiek przeżywa najgorszy wieczór w swoim życiu, ale dla innych ludzi ten wieczór jest całkiem zwyczajny.

Dziwna sprawa, że czasem okropnie się czymś przejmujemy, a okazuje się, że to nic wielkiego.

czy świat w takim razie nie jest wielką loterią? gdy człowiek się rodzi, dostaje los i tylko przypadek decyduje, czy jest to los wygrany, czy przegrany. decyduje łut szczęścia.

To nie znaczy, że przejmuję się reakcjami ludzi na mój widok. Jak już mówiłem tysiące razy, zdążyłem się przyzwyczaić. Nie zawracam sobie tym głowy. Drobna mżawka nie przeszkadza w spacerowaniu. Nie wkłada się wtedy kaloszy. Nawet nie otwiera się parasola. Zwyczajnie idzie się przed siebie, prawie nie czując, że mokną włosy.

Wyzwanie: ZATYTUŁUJ SIĘ